Login

Historia Lubi się powtarzać – Tylko we Lwowie

Pomysł wyjazdu do Lwowa zrodził się nagle – podczas targów Moto Nostalgia w Warszawie spotkałem kolegę Romana Gawędę, który namówił mnie na wyjazd na Grand Prix Lwowa. Imprezę organizował miejscowy Auto Fan Club ZAZ Kozak. Miałem okazję poznać tych sympatycznych ludzi gdy udzielałem im pomocy podczas awarii, która miała miejsce parę lat temu, podczas ich podróży do Wilna.

Jako samochód „rajdowy” został wytypowany Polski Fiat 126p. Uznałem, że to auto w mojej kolekcji najlepiej będzie się nadawało do ścigania na słynnej lwowskiej kostce. Maluch otrzymał kilka dni przed wyjazdem żółte tablice co nadało mu bardziej zabytkowego charakteru. 10 czerwca wyruszyliśmy w trasę. Jak przystało na zabytek – Maluszek podróżował na lawecie.

Około godziny 15-tej byliśmy w Zamościu. Tam odbył się pierwszy etap rajdu. Fiat dołączył do ponad 30-tu samochodów eksponowanych na Rynku Solnym, a my z Agnieszką udaliśmy się na pyszny obiad do pobliskiej restauracji w stylu PRL-owskim (w dzisiejszych czasach to już biały kruk – było fajnie). Nasz niestrudzony kolega Roman uczestniczył w dwóch wydarzeniach naraz – trudno w to uwierzyć ale niemal jednocześnie brał udział w sympozjum ortopedów i naszym zlocie.

Kolumna pojazdów udała się z rynku pod salę, w której odbywało się spotkanie lekarzy. Naszym zadaniem był przewóz na rynek miejski uczestników spotkania. Mi trafili się dwaj pasażerowie – ukraińscy medycy słusznego wzrostu. Bardzo sobie chwalili podróż Maluchem ale nie mogli uwierzyć w niską, ich zdaniem, moc silnika mojego pojazdu.

Ponownie wjechaliśmy na Rynek Solny gdzie odbył się konkurs elegancji. Po rozdaniu nagród wyruszyliśmy do bazy noclegowej w miejscowości Narol. Tam, przy grilu, można było poznać wszystkich uczestników jutrzejszej wyprawy (16 załóg).

O świcie, w asyście naszych ukraińskich kolegów, wyruszyliśmy w kierunku granicy. Eskortowani przez trzy Zaporożce 965 dotarliśmy do przejścia granicznego. Tu jako grupa VIP zostaliśmy odprawieni po za kolejnością. Jak to bywa na granicy zdarzyła się zabawna historia. Celnicy poprosili naszego kolegę Romka aby otworzył bagażnik. Nie było by w tym nic dziwnego ale Romek jechał NRD-owskim samochodem P-70 który, podobnie jak Mikrus, nie ma podnoszonej klapy bagażnika. Uchylenie oparcia tylnej kanapy zaspokoiło jednak ciekawość mundurowego.

Po upływie godziny kolumna aut ruszyła dalej. Omijając liczne dziury na zrujnowanej nawierzchni drogi krajowej dotarliśmy do miejscowości Rawa Ruska. gdzie zostaliśmy przywitani chlebem i solą. W ceremonii powitalnej uczestniczyła nawet osobiście Pani Prezydent miasta. Wyruszyliśmy następnie do miejscowości Żółkwia gdzie przewodnik oprowadziła nas po dziedzińcu zamku i obiektach sakralnych opowiadając przy okazji historię miasta. Po lunchu, w asyście Milicji, wyruszyliśmy w podróż do Lwowa. Pokonywaliśmy kolejne kilometry ukraińskich dróg, które były w żółwim tempie odnawiane na Euro 2012. Milicyjny radiowóz doprowadził nas pod ratusz., a tu czekali już Ukraińscy koledzy.

Po zarejestrowaniu się wyruszyliśmy na miasto. Organizator wymyślił nam bardzo ciekawą rozrywkę – idąc uliczkami starówki musieliśmy odnajdować poszczególne placówki w których otrzymywaliśmy potwierdzenie przybycia. Były to najczęściej bary, restauracje, a czasami nawet mieszkania prywatne. Podczas tej zabawy mieliśmy okazję obejrzeć najciekawsze zakątki Lwowa. Kolejnym punktem programu był pokaz elegancji i prezentacja samochodu.

W sobotni wieczór spotkaliśmy się na wystawnym balu komandorskim gdzie poznaliśmy prawdziwą wschodnią gościnność. Podczas kolacji odbyły się liczne przemówienia przedstawicieli klubów oraz wręczenie pucharów.

W niedzielę po śniadaniu pojechaliśmy w bardzo urokliwy zakątek Lwowa. Samochody zostały zaparkowane w okolicach parku, my mieliśmy czas wolny zaś organizatorzy w tym momencie dokonywali oceny stanu i oryginalności naszych aut. Po tym swego rodzaju badaniu technicznym odbyliśmy próbny przejazd trasą rajdu- wyścig przebiegał dokładnie tymi samymi ulicami co 80 lat temu.

Samochody zostały podzielone na grupy w zależności od typu i przeznaczenia oraz wielkości i mocy silników. My wylądowaliśmy w grupie bardzo zróżnicowanej. Startowały tu Zastava 750, P-70, 3 Maluchy, PF125P, FIAT 131, Łada 1500, VW Kafer oraz MG. Najbardziej liczną i jednorodną była grupa składająca się z samych Zaporożców 965.

Zasady wyścigu były dość skomplikowane. Trasę należało pokonać sześciokrotnie, z uwzględnieniem ustawionych znaków ograniczenia prędkości. Naszą szybkość za pomocą radarów sprawdzali ukryci milicjanci. Zdarzało się tak że po ograniczeniu do 60km/h pojawiało się 30km/h. i należało dość szybko wytracić prędkość. Wszelkie przekroczenia były karane 1km/h= 1pkt. karny. Nasza załoga do mety dotarła jako pierwsza. Zdeklasowaliśmy nawet 3 samochody „ poważniejszych marek”. Nałapaliśmy jednak 27 punktów co skutkowało tym, że nasz wynik był czwarty . No cóż licznik – w 126p nigdy nie był precyzyjny. Niektóre załogi posiłkowały się nawigacjami GPS uzyskując dokładną prędkość- opłaciło się.

Rekordzistą był Włodzimierz Sadowski i Jan Milczek jadący Jaguarem E-Type 4,2 z 1968roku. Panowie wprawdzie pobili rekord z przed 80-u lat ale zostali zdyskwalifikowani za zbyt dużą ilość punktów karnych (90pkt. )

Zwycięzcy otrzymali puchary oraz nagrody od sponsorów. Był to ostatni oficjalny punkt naszego spotkania. Część złóg odjechała do domów inni zaś zostali do poniedziałku.

Droga powrotna minęła nam bardzo dobrze bez przygód. Z przekroczeniem granicy również nie było problemu. W Narolu Maluch został spakowany na lawetę i odwieziony do domu. Podczas rozładunku z lawety w Białymstoku stwierdziłem uszkodzenie sprężyny amortyzującej drgania silnika… Dobrze, że pojechaliśmy z lawetą. Następnego dnia zadzwonił Romek obwieszczając zatarcie silnika w P-70. Czym więc jest pęknięta sprężyna, pomyślałem….

Mimo usterek twierdzę że rajd był świetny. Podziwiam organizatorów za bardzo dobrą organizację i fakt, że udało się im współdziałać z tyloma służbami i podmiotami. Sztuką jest zatrzymanie ruchu na kilku ulicach na pół dnia, zorganizowanie milicyjnej ochrony i pilotażu podczas całej imprezy. Dziękuję za bardzo miłą atmosferę i gościnność.

Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie zobaczymy się za rok.

                                                                                  Marek Kuc

Foto Marek Kuc i Roman Gawęda